Dom Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II w Kielcach O domu Jak u nas zamieszkać Teatr Studio Magellana Kluby Aktualności Wydarzenia Przetargi Zaproszenia Terapia Galeria Zdjęć Opieka medyczna i rehabilitacja Warsztaty Terapii Zajęciowej Linki Linki Kontakt
Dom Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II w Kielcach
 
Kalendarium
Sierpień 2018
Pn W Ś C Pt S N


1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31


Imieniny: Bolsława i Juliana


Dodatkowe informacje
Numer konta:
ING Bank Śląski S.A.
72105014611000002353368786

Jesteś naszym 511928 gościem





 

Studio Magellana

Poniedziałek, wtorek, środa... 10.30. Niemal codziennie od prawie czterech lat dziesięcioro ludzi podnosi się z łóżek, odchodzi od stolików, wyłącza telewizor. Zbyszek, Irena, Władysław biorą kule, Małgosia siada na wózek... Zamykają pokoje i idą do małego pomieszczenia wydzielonego ze stołówki. Siadają przy stole. Kim są? Najlepiej będzie jeśli sami się przedstawią, tak jak wielokrotnie przedstawiali się już swojej widowni na licznych scenach w Polsce, a nawet w Europie.
Józef: Świat mnie zadziwia. Byłem osiem razy w Krakowie, byłem też w Iwoniczu i widziałem szyby naftowe.
Władysław: Mam 98 lat. Hej!
Irena: Bardzo lubię śpiewać i tańczyć. Kiedyś należałam do koła artystycznego i koła gospodyń wiejskich. Dzisiaj też śpiewam na nabożeństwach w naszej kaplicy. Proszę się nie dziwić, że w tym wieku zajmuję się takimi rolami, ale uwierzcie mi - najlepiej tańczy się około siedemdziesiątki. Mam nadzieję, że schudnę do pięknej figurki.
Tadeusz: Miałem szesnaście lat jak uległem wypadkowi motocyklowemu. Mieszkałem w bloku na Barwinku. Tu w teatrze jest fajnie. Gites. Fajnie. Podoba mi się.
Małgorzata: Jestem odrostem korzeni cygańskich. „Kamaftut" - znaczy kocham was. Nie cyganię.
Zbigniew: Urodziłem się przed półwieczem w Kielcach i tu spędziłem życie. Miałem siedemnaście lat, gdy porzucił mnie ojciec. Dwa lata później umarła matka. Po szkole zawodowej pracowałem w SHL-ce jako hurtownik. Przypadkowo trafiłem do chóru Teatru im. Żeromskiego. Przykleili mi wąsy i brodę. Wyglądałem jak dziad. Pamiętam ogromne brawa.
Helena: Moją pasją jest poezja, ona pozwala mi przenieść się w inny stan świadomości.
Jan: Moim życiem rządził los. W czasie stanu wojennego zostałem brutalnie pobity przez ZOMO. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego we Wrocławiu, potem była renta, a teraz teatr.
Henryk: Mam swoje lata - przecież i Alzheimera... ha - ha... Ale mówiąc serio. Wstąpiłem na scenę i z tego na pewno coś wyjdzie. Na przykład - aktor emeryt. Człowiek powinien być sobą i ja chcę być właśnie sobą. Przez całe życie zmieniałem kwalifikacje i już potrafię odróżnić prawdziwą pasję od tej na niby. Cenię ludzi z pasją.
Ola: Dwie córki, dwie wnuczki, dwie prawnuczki i stop. Kiedyś dużo pisałam - na maszynie. Lubię muzykę i taniec. Jestem samotna, ale internetem się nie zajmuję - chyba.
Dziesięcioro zupełnie różnych ludzi. Schorowanych, zmęczonych życiem, które przez te wszystkie lata nieźle przećwiczyło ich wytrzymałość, może trochę sfrustrowanych, bo ileż można czekać na zmianę, ile razy budzić się, jeść, spacerować, jeść, oglądać telewizję, jeść... Jak znieść wciąż takie same, przeklęte poranki, popołudnia i wieczory? Czym wypełnić pustkę i monotonię codzienności? Odpowiedzi na to pytanie, jakie przed laty zaserwowali sobie ci ludzie, nie spodziewał się nikt, łącznie z nimi samymi. Teatr, aktorstwo, gra, występy przed publicznością, za każdym razem inną publicznością... Wreszcie przyjaźń, która ich połączyła, choć pewnie wyprą się tego, jak wiele ich łączy i jak ciepło można pomyśleć o koledze z zespołu oraz miraż przygody, wędrówek i grania na scenach całego kraju. To sprawia, że poranki nie są już takie same, a wieczory nie straszą perspektywą kolejnego, długiego, nudnego i podobnego do wszystkich poprzednich dnia. Ale zacznijmy od początku...

Listopad 2004. Początki.
Zimny, ponury poranek. Joanna Kasperek, aktorka Teatru im. Żeromskiego w Kielcach, a wcześniej legendarnego Wierszalina i Teatru Rozmaitości, laureatka wielu prestiżowych nagród i wyróżnień przyszła do Anny Śleźnik, dyrektor Domu Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II, z pomysłem prowadzenia warsztatów teatralnych. - To była doskonała myśl. Joasię i jej męża znałam z telewizji. To na ekranie zobaczyłam ich po raz pierwszy. Jako aktorzy Teatru Montownia występowali wówczas w przedstawieniu bożonarodzeniowym w reżyserii Piotra Cieplaka na Dworcu Centralnym. Byli blisko bezdomnych i to mnie zachwyciło - opowiada Anna Śleźnik. Kiedy więc Joanna pojawiła się w Domu przy ul. Jagiellońskiej, Anna nie miała wątpliwości. - Bardzo chciałam ich poznać. Marzenie się spełniło - nie kryje radości.
Pełna pomysłów i planów Joanna nawet nie przeczuwała, w co się angażuje... W pierwszej chwili chęć bycia aktorem zgłosiło kilkanaście osób. Najmłodsza - Małgorzata miała wówczas 34 lata, najstarszy - Władysław - 96. Poza tą dwójką pierwszą grupę tworzyli: Helena, Józefa, Jan, Henryk, Józef, Stanisław, Julian, Edward, Ryszard, Tadeusz i Zbyszek. Później przyszły Irena i Ola. Dziś grupę tworzy dziesięć osób. Jedni odeszli z teatru niedysponowani, inni - odeszli na zawsze. Ci, którzy zostali chcieli tworzyć sztukę. Chcieli wyrwać się z marazmu i pokazać światu, że nie muszą biernie czekać na śmierć, że mogą coś jeszcze w swoim życiu osiągnąć.
Zbyszek: Chcieliśmy oderwać się od codziennego życia, od chorób. To dla nas ważne.
Początki były trudne, bo dobrą pamięć i sprawność fizyczną (które winny cechować każdego aktora, nawet amatora) wiek, choroby, czasem lenistwo zamieniły w chroniczną niepamięć i niedołężność. Codziennie, o godz. 11 więc Joanna, zamiast rozpoczynać próbę, biegała po wszystkich piętrach, zaglądała do pokoi i przypominała o spotkaniu.
Henryk: Oj dała nam się nasza pani reżyser we znaki. Jaki ja byłem zmęczony po tych pierwszych próbach...
Dziś Joanna nikogo nie musi już mobilizować. Role się odwróciły. Teraz to aktorzy czekają na nią. Dokładnie znają rozkład autobusów, a gdy „nasza pani reżyser" spóźnia się choć dwie minuty, zaczynają zastanawiać się, co mogło się stać. Na każdą próbę wszyscy się stawiają. Jedynie choroba zwalnia ze spotkania. Przekładają wszystko, nawet wizytę
u lekarza, byleby tylko zdążyć, nie zawieść. Spotykają się też sami i ćwiczą, wychwytując
u siebie nawzajem każdy fałsz, każde potknięcie. I tylko jeszcze czasami ta przeklęta pamięć, a raczej niepamięć daje się we znaki. Jednego dnia pamiętają wszystko, dosłownie każdy fragment roli, drugiego zaś - pustka kompletna, fragmenty zdań, strzępy zdarzeń. Te chwile, kiedy pamięć nie szwankuje dają nadzieję, że jednak może się coś udać. Niepamięć odbiera ją natychmiast.
Jan: W pewnym momencie brak pamięci tak mi zaczął doskwierać, że pomyślałem, że się do tego wszystkiego nie nadaję. W końcu po co 60-latkowi teatr? Chciałem zrezygnować, ale grupa mi nie pozwoliła. I miała rację.

Grudzień 2004. Pierwsze przedstawienie - „Dzisiaj w Betlejem"
Pierwsze spotkania. Koszmar. Zbyszek dukał tekst, ktoś inny zapomniał okularów do czytania, Janek próbował zapamiętać choć fragment z tego, co zapisane. Bezradność denerwowała, coraz częściej między aktorami dochodziło do kłótni. Zdarzały się momenty załamania.
Joanna: Pamiętam, bo i ja je miałam. Stawialiśmy dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. Przychodzili więc do mnie, mówiąc że rezygnują. Musiałam namawiać ich do pozostania.
Joanna nie jest terapeutą, nigdy nie zamierzała robić warsztatów terapii zajęciowej. Na początku nie wiedziała, jak pracować z grupą, nie miała żadnych metod. Zdawała się na intuicję. Codziennie przez półtorej, dwie godziny spokojnie powtarzała z każdym każdą kwestię. Codziennie stawiała przed aktorami kolejne zadania. Nie było tłumaczenia, że to DPS, starsi, schorowani ludzie.
Joanna: Dochodziły mnie słuchy, że mają mnie dość, że mają mnie za kata.
Pierwsze przedstawienie - „Dzisiaj w Betlejem". Jasełka. Ale nie te tradycyjne, bo przecież jak przebrać starszego człowieka za pastuszka i go nie ośmieszyć? Joanna przypadkowo znalazła zabawny tekst Wandy Kamyk. Tekst ze współczesnymi odniesieniami, wykorzystujący m.in. slogany reklamowe. Zaczęła się zastanawiać, gdzie dziś Chrystus mógłby się urodzić. Może w DPS?
Sztukę rozpoczyna scena w piekle, gdy diabły - w tej roli Jan, Zbigniew, Małgosia i Tadeusz -otrzymują od „ziemskiego szpiega" (którego zagrał Henryk) sms z informacją, że rodzi się Zbawiciel. Na scenie kolejno pojawiają się m.in. policjant, przedstawicielka gminnej władzy, lekarka.
Premiera była ważnym sprawdzianem dla Joanny i dla aktorów. Dla nich może nawet bardziej. Nie znieśliby ośmieszenia, drwin ze strony mieszkańców Domu. Mniej odważni sięgnęli więc po relanium. Gdy wyszli na scenę, trema zniknęła.
Henryk: No tak nie do końca. Kiedy zobaczyliśmy kamerę telewizyjną, sparaliżowało nas, ale tylko na chwilę. Ja sobie wtedy pomyślałem, że przecież nie pokażą byle czego i wybiorą najlepsze fragmenty.
Tylko twarze widzów przez cały spektakl pozostawały nieodgadnione. - Może im się nie podoba? - zastanawiali się aktorzy w czasie gry. W końcu przed premierą nie szczędzili im przykrości i szeptali za ich plecami, że są wariatami, którzy nie mają co robić, więc wymyślili sobie teatr. Ostatnia scena i koniec. Rozległy się rzęsiste brawa.
- Spodobało im się. Do dziś pamiętam jak ci z końca z zainteresowaniem wyciągali szyje w kierunku sceny. Sam biskup pogratulował nam spektaklu - zaciera ręce Henryk.

Początek 2005 roku. Pierwsze odejścia z grupy.
Niedługo po premierze umarł jeden z aktorów - Ryszard. To była jego druga przygoda z teatrem (po raz pierwszy był w kółku teatralnym, do którego zapisał się jako nastolatek). Wrócił do niego po kilkudziesięciu latach. Na krótko. Od kilku tygodni źle się czuł, coraz częściej na próbach dostawał drgawek. W pewnym momencie postanowił zrezygnować, nie chciał zepsuć premiery. To Joanna namówiła go, by został. Umarł niejako na scenie.
Joanna: Bardzo to przeżyłam. Wtedy było to dla mnie coś niezrozumiałego. Inaczej niż dla pozostałych.
Inaczej, bo pozostali ze śmiercią stykają się na co dzień. Przed głównym wejściem do budynku często pojawia się klepsydra. Przyzwyczaili się już do obecności kostuchy. Dlatego, kiedy jeden z nich umiera, szybko przestają o tym mówić. Bo ci, którzy codziennie ocierają się o śmierć nie zaprzątają sobie śmiercią długo głowy. Zastanawiają się tylko, kto następny.
Olga: Gdy rozchorowałam się w czasie prób, to pomyślałam, że to już koniec. Ale tym razem się udało. Żyję i znów biorę w nich udział.

Przełom 2005 i 2006 roku. Rym cym cym...
Czas na kolejne przedstawienie. Aktorzy, już jako Grupa Zmontowana, pod koniec 2005 roku rozpoczęli prace nad kolejnym spektaklem „Rym cym cym czyli szelest w pyszczku", zainspirowanym poezją dziecięcą polskich autorów m.in. Jana Brzechwy, Juliana Tuwima i Doroty Gellner.
Scenografię przedstawienia tworzył pokój z centralnie ustawioną szafą, z której wyłaniały się postacie. Szafa w zamyśle miała symbolizować cały dziecięcy świat, do którego tak tęsknią dorośli. „Lokomotywę" aktorzy recytowali przy grze w karty, „Pani Słowikowa" płakała nad zupą, a elegancka pani z torebką opowiadała o małpach.
Te wszystkie wiersze w ustach aktorów brzmiały inaczej. Słowa - „rym, cym, cym, gdzieś mi z głowy uciekł rym" - wypowiadane przez starsze, schorowane osoby nabierały nowego znaczenia.
Przedstawienie spotkało się z dobrym przyjęciem. „Spektakl ma doskonały rytm, niezwykłą lekkość narracji i wspaniałych aktorów. To nic, że czasami zapominają tekstu, bo nawet to potrafią doskonale „ograć" i dodatkowo rozbawić publiczność (...) Zawodowi aktorzy powinni czuć się zagrożeni" - pisała po spektaklu Agnieszka Kozłowska-Piasta w miesięczniku kulturalnym „Teraz".
Kolejny projekt scementował grupę. Ci ludzie polubili się, zaczęli się wspierać nawzajem. Wygrali walkę z niepamięcią, ze wszystkimi ułomnościami i tylko z jednym wciąż nie potrafią wygrać - z upływem czasu i chorobą. Nie są w stanie przechytrzyć śmierci. Po premierze umarła Józefa. Istny żywioł zamknięty w filigranowym ciele. Zawsze pogodna, uśmiechnięta. Błyskawicznie uczyła się tekstu na pamięć. Często przechadzała się po korytarzach Domu i deklamowała wiersze, które znała jeszcze z podstawówki i szkoły średniej.
Kilka miesięcy później śmierć upomniała się o Edwarda, zresztą od tygodni zabierała go po kawałeczku. Jak on pięknie grał na akordeonie... Zamknięty w sobie, skupiony na swojej chorobie. Tylko raz w czasie próby dał się porwać ogólnej wesołości.
Joanna: Pamiętam też jak ten jeden, jedyny raz otworzył się przede mną. Poprosił mnie wówczas, bym wypożyczyła mu z teatru wąsy. Zrobiłam to, a kiedy mu je przyniosłam od razu je sobie przykleił, włożył kowbojski kapelusz i poprosił, by zrobić mu zdjęcie. Nie wiem do czego było mu potrzebne. Może chciał komuś wysłać?
Na te dwie śmierci Joanna była już przygotowana. Obie były dla niej lekcją.
Joanna: Zaczęłam patrzeć na nasz teatr jak na coś ulotnego i równocześnie przestałam zastanawiać się nad śmiercią. Teraz myślę o zadaniach, które wciąż przed nami.

 

Wrzesień 2006 - lipiec 2007. Czas zacząć mówić o sobie.
Jesienią 2006 roku Joanna wyjechała na próby „Trzech sióstr" do Teatru Polonia, a na zastępstwo do DPS przyszedł jej mąż, aktor Grzegorz Artman. Zdaniem aktorów ktoś obcy, z dziwnymi pomysłami. Ktoś, kto odrzucił gotowy scenariusz, zmusił do napisania czegoś od siebie i o sobie. I jeszcze listę obecności sprawdzał.
Pierwszy tydzień wspólnej pracy z zespołem to długie rozmowy, próba oswojenia się ze sobą, czas obserwacji.
Grzegorz: Na początku tylko słuchałem. Nieco później zacząłem nagrywać wszystkie wypowiedzi na dyktafon. Najpierw rozmawialiśmy o prostych sprawach i powoli przechodziliśmy do trudniejszych tematów. Zaczęliśmy wspominać dzieciństwo, szkołę, dom, rodziców... I niesamowite odkrycie! Władek pamięta mroźną zimę z przełomu 1928/29 roku. -41 stopni. Ilu jest takich, którzy pamiętają tamtą zimę?
Czas było jednak zacząć mówić o sprawach najważniejszych. Samotność, cierpienie, radość, poezja... I w tym wszystkim nieśmiałe pytanie Ireny: Poezja? Chodzi o książki? Tak - odpowiada Grzegorz. - Nie czytałam. Nie miałam na to szansy.
Poruszane tematy były coraz intymniejsze. Miłość na przykład...
Józef: Nie rozumiem tego słowa, ale miłość to chyba była wtedy, gdy matka zamiast iść do sąsiadek szła do lasu i zrywała jagody, by nas nakarmić, a ojciec, gdy sprzedał zboże wracał do domu, a nie szedł do karczmy.
Do tych rozmów znów próbowała wkraść się śmierć. Henryk trafił do szpitala. Jego stan był poważny. Kilkakrotnie odwiedził go Grzegorz. Miał ze sobą dyktafon, ale go nie włączył. Milczeli.
Wynikiem trzymiesięcznych rozmów z aktorami było 50 godzin nagrań. Po cięciach i montażu powstał nowy materiał. Kolejny spektakl - „Sella turcica", czyli siodło tureckie, w którym leży przysadka mózgowa, odpowiedzialna za wzrost. W przypadku zespołu nie tyle fizyczny, co duchowy. „Sella turcica" to spektakl od początku do końca wykreowany przez występujących w nim aktorów. To wzruszająca opowieść o codzienności w DPS z jej wszystkimi trudnościami, smutkami i małymi radościami. To opowieść o tym, co dziś, i o tym, co wczoraj, wspomnienia z okresu dzieciństwa, marzenia, codzienna krzątanina. Aktorzy grają samych siebie. A to, co chcieli przekazać popłynęło nie z ich ust, ale z głośników. Strzępy aktorskich opowieści na czterdziestominutowej taśmie. W tle stworzona specjalnie na potrzeby spektaklu muzyka Darka Makaruka, producenta, programisty, animatora kultury i wykonawcy muzyki elektronicznej, związanego z polską sceną niezależną.
Premiera sztuki odbyła się w lipcu 2007 roku w Kieleckim Centrum Kultury. Na afiszu pojawiała się nowa nazwa grupy - Studio Magellana. Symbol poszukiwania, wyprawy w nieznane. Pamiętam jak wiele osób wówczas przyszło. Pamiętam jak za Żelazną Kurtynę posuwaliśmy się w dość długim ogonku. Wiele osób to przyjaciele Domu, zespołu, Joanny i Grzegorza. Co chwilę ktoś przystawał, tarasując ruch, witał się z nią i kurczowo zaciskał kciuki szepcząc „powodzenia". Sala wypełniła się po brzegi, mimo wciąż donoszonych siedzeń, zabrakło miejsc. Ściśnięci na ławkach, zgromadzeni na podłodze przy scenie, młodzi i starsi czekaliśmy na aktorów, na tych, którzy odważyli się przełamać niemoc, na tych, którzy odważyli się zagadać śmierć i upływ czasu...
To wtedy po raz pierwszy aktorzy zagrali na profesjonalnej scenie. Henryk bez tremy, jakby nie zauważał setek wpatrzonych w niego par oczu ruszył w codzienny dostojny spacer, Zbyszek jak zwykle wstał, w połowie drogi zniechęcony machnął ręką i wrócił do punktu wyjścia, a Józef zatańczył krakowiaka. Wspomnienia z dzieciństwa, krzątanina, leki... Jeszcze tylko ostatnia scena, głębokie spojrzenie w oczy publiczności i koniec... Wielkie brawa, pełny sukces.
Spektakl okazał się przełomem. To wtedy na dobre grupą zainteresowały się media, o zespole zaczęło się mówić w towarzystwie. Agnieszka Kozłowska-Piasta na portalu internetowym e-teatr pisała: „Seniorzy stworzyli naprawdę wyjątkowe dzieło. Odkryli swoją prywatną starość i słabość przed oczami widzów. To wymaga olbrzymiej odwagi, za którą całej ekipie należą się niemilknące brawa (...) Aktorzy Studia Magellana skłaniają do głębokich przemyśleń nad przemijaniem, starością, samotnością, nad człowiekiem w jego pełnym wymiarze od narodzin do śmierci".
Poruszeni spektaklem widzowie dzielili się refleksami. Przyjaciółka domu Halina Karczewska po spektaklu napisała: „Niewielka ilość słów i gestów, a ileż głębokiej treści o skomplikowanej ludzkiej naturze. (...)Niezapomniane wrażenia, niezwykłe przeżycia. Oby dobry duch opiekował się tymi, którzy z potrzeby serca czynią rzeczy wielkie i ukazują sens życia innym". Urszula Radziszewska, prezes Towarzystwa Dobroczynności w Kielcach chwaliła aktorów: „Nie używając słów powiedzieliście o sobie, o Waszych troskach, zmaganiach ze słabościami, a także o Waszym życiu wcześniejszym i obecnym (...) Mówienie o sobie w tak subtelny i jednocześnie wyraźny sposób wymaga nie lada talentów aktorskich. Wasze aktorstwo było widoczne w każdym geście, spojrzeniu i wyrazie twarzy. Dziękuję Wam za ten wspaniały spektakl". Z kolei przyjaciele Domu Zofia i Jan Wilczyńscy nie mogli wyjść z podziwu dla tego, co zobaczyli: „To było takie inne od tradycyjnego teatru. Fascynujące doświadczenie".
O swoich odczuciach do mieszkańców Domu napisali też członkowie Młodzieżowego Klubu Osiedlowego „Wolna Strefa", który działa przy ul. Krakowskiej 17.
Rafał, lat 14: Zrozumiałem, że uczestnicy przedstawienia to osoby z dużym poczuciem humoru, wyobraźnią i ogromnym zapałem. Mają własne wyzwania i problemy, które próbują rozwiązać...
Piotr, lat 14: Podziwiam Państwa zapał i wielką odwagę. Dziękuję za lekcję życia jakiej Państwo nam udzielili...
Agnieszka, lat 11: Dzięki Państwu zrozumiałam, że życie jest ciekawe w każdym wieku i dlatego chciałabym, żeby mojej babci „więcej się chciało". Przedstawienie bardzo mi się podobało i z ogromną radością czekam na następne.
Agnieszka, lat 12: Dziękuję za to, że mogłam zobaczyć to przedstawienie. Mam dopiero 12 lat, ale jestem z Państwa bardzo dumna.
Kamila, lat 13: Zrozumiałam, że zawsze trzeba się cieszyć tym, co jest. Życzę, żeby Państwo starali się dalej i nie poddawali się. A Pan Tadeusz jest naprawdę gitesowy i fajnie, że interesuje się teatrem.
Kinga, lat 15: Byłoby fajnie, gdyby więcej ludzi miało taki zapał i chęć do życia jak Państwo. Uważam, że powinni być tak skoczni jak Pan Józef oraz tak sympatyczni jak Pan Jan. Bardzo zaciekawiła mnie osoba Pani Małgosi, która ma sobie tyle gracji i elegancji.

Wrzesień - Październik 2007. Jak Berlin zdobywano.
Jesienią 2007 roku na jedną z prób Grzegorz przyniósł wiadomość o wyjeździe do Berlina na festiwal „Sztuka przeciw ubóstwu", który to zorganizował Międzynarodowy Ruch ATD Czwarty Świat. Studio Magellana miało się zaprezentować wraz z zespołami z całej Europy. Ogromna radość nie trwała jednak długo. Już raz aktorzy mieli jechać do Szwajcarii, lecz nie wyszło. Nie wierzyli, że tym razem może się udać. Mimo to przychodzili na próby, przygotowywali się do wyjazdowego przedstawienia. 11 października pod Dom zajechał bus. Nocleg był w domu Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka"
w Chudopczycach pod Poznaniem, bo przejechanie ponad siedmiuset kilometrów bez dłuższego postoju byłoby dla aktorów zbyt męczące. Do Berlina przyjechali nazajutrz.
Do występu mieli dużo czasu - 24 godziny. Zanim więc stanęli na scenie wieczorem integrowali się z Holendrami i Niemcami, a następnego dnia pojechali na wycieczkę po mieście. W czasie tej podróży Józef nie mógł oderwać oczu od miasta migającego za szybą autokaru. W końcu, gdy ostatni raz widział Berlin, był on gruzowiskiem. Brama Brandenburska, siedziba „tej kanclerz" i obowiązkowo mur berliński. Przewodnik mówił, że ci, którzy znajdują się po prawej stronie autobusu są w Berlinie Wschodnim, ci co po lewej w Berlinie Zachodnim. Józef stanął w szerokim rozkroku i z triumfem patrzył po sąsiadach - wreszcie okiełznał cały Berlin.
Próby i pierwszy strach. Nieznana scena i do tego taka jakaś nieforemna. Zamiast na krzesłach trzeba było usiąść na dużo niższych schodkach. Dla Zbyszka to mordęga, ale za każdym razem, podpierając się na kuli, z dużym wysiłkiem wstawał. Z kolei dla Małgosi organizatorzy nie przygotowali elektrycznego wózka. Przewidziane w scenariuszu kółka musiała kręcić na zwykłym wózku. Każde ustawienie, każdy ruch ręką trzeba było przećwiczyć. Wtedy też pojawiły się nowe pomysły na wykorzystanie elementów sceny, aktorzy w lot je chwytali.
- Koniec. Było bardzo dobrze. Tak zdobywano Berlin - rzucił na koniec Grzegorz.
Na pół godziny przed spektaklem w garderobie było coraz bardziej nerwowo. Irena: Którą sukienkę włożyć? Bo wzięłam dwie? Znak krzyża, krótka modlitwa dla otuchy i parodia zachowania Kwaśniewskiego na ukraińskim uniwersytecie w ramach ćwiczeń rozluźniających i rozładowujących napięcie. Zniecierpliwienie rosło z każdą minutą. Na pięć minut przed rozpoczęciem spektaklu wszyscy chcieli już wychodzić. Wreszcie Grzegorz dał znak by zaczynać. I znów stukot kul, mechaniczne obroty kół wózka, dostojny spacer Henryka i wielkie brawa na koniec. Nie do wiary! Po spektaklu w garderobie krąży tylko jedno pytanie - udało się?
Jan: Tak się baliśmy o reakcję publiczności, o to, że nas nie zrozumieją. Tymczasem po spektaklu do garderoby wpadła jakaś młoda Niemka. „Gut, Gut" mówi głaszcząc mnie po głowie i coś mi wciska do kieszeni. Liścik? Nie, „tylko" 10 euro...
Irena: Jak ja się modliłam, żeby się udało. Bo tak daleko jechaliśmy, tyle nocy z nerwów nie przespaliśmy... Byłoby nam przykro, gdybyśmy zmarnowali tę szansę.
Gdzie jest ta starość, gdzie ułomność? Ulotniły się? Nie, dopadały aktorów po euforii, wraz ze zmęczeniem, gdy kilka godzin później zamknęły się za nimi drzwi hotelowych pokoi.
Przed wyjazdem do Polski odwiedzili jeszcze Ambasadę Polską w Berlinie, gdzie podczas obiadu z attache kulturalnymi pochwalili się sukcesem.

Listopad 2007. Czas założyć Maskę.
Jeszcze emocje po Berlinie nie opadły, a już pojawiła się możliwość kolejnego wyjazdu. Tym razem aktorskie możliwości członkowie Studia Magellana mieli sprawdzić na poznańskiej scenie podczas XI Festiwalu Teatralnego „Maski". Nie było już mowy o niepewności czy strachu, że do wyjazdu nie dojdzie. Ot, po prostu Poznań to kolejny przystanek w podróży po polskich scenach. Scenach jak najbardziej profesjonalnych.
W Ośrodku Teatralnym „Maski" Studio Magellana zaprezentowało się obok kilku innych grup.
Grzegorz: Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci. Po spektaklu spełniło się jedno z marzeń aktorów: udzielili wywiadów telewizyjnych i radiowych, mówiąc w nich o sobie. Oddali się temu bez reszty.
Przy przygotowaniu do spektaklu nie zabrakło emocji. Najważniejszą, a w zasadzie jedyną scenografią w „Selli turcica" są krzesła, na których podczas spektaklu siedzą aktorzy. Grzegorz musiał się nieźle nabiegać po pokojach w pobliskim akademiku, by znaleźć komplet krzeseł.
Aktorów „Studio Magellana" na festiwalu zauważył Patryk Czaplicki z miesięcznika „Teatr". Dziennikarz w marcowym numerze pisał: „Autentyczna kruchość jednych, a ociężałość innych podopiecznych DPS stanowi chyba o sile tej prezentacji - w każdych warunkach. Znaki fizyczności i przemijalności zagrały wyjątkowo dobitnie i co tu dużo mówić: podziałało". Czaplickiemu spodobało się, że aktorzy działają jak organizm zbiorowy, choć w przedstawieniu poruszają się samotnie, nikt nie jest pozostawiony sam sobie. „O czym Grzegorz Artman i mieszkańcy kieleckiego DPS-u zrobili spektakl? - zastanawia się Czaplicki. I odpowiada sam sobie: „O kwestiach podstawowych - o zmaganiu się z materią teatru, czyli także o życiu. O pokonywaniu drogi i uporczywym zostawianiu śladów, nawet jeśli nikt miałby ich nie zauważyć. O budowaniu siebie z niemożności i z niemożliwości, z nieudania i z nieudawania. Z tego, co jest, a nie z tego, co się przedstawia. Dlaczego należy to docenić? Bo stawką w każdym spektaklu, w który angażuje się ludzi jakkolwiek upośledzonych czy chorych, powinno być właśnie to, do czego zdaje się zmierzać Artman - żeby zrobić z nimi teatr, a nie zrobić z nich teatru. W większości przypadków lepiej jest - moim zdaniem - pozwolić owym „innym aktorom" zagrać skrót ich „postaci życiowych", niż ustawiwszy na scenie w zabawnych kostiumach, kazać śpiewać o jednej z dzikich plaż".
Czaplickiemu wtórowała Marta Kaźmierska, dziennikarka poznańskiego dodatku do Gazety Wyborczej: „Z Festiwalu Maski zapamiętam na pewno poruszający spektakl „Sella turcica" teatru Studio Magellana z Kielc (...) Uderzająca prawda bijąca z jego działań ściska za gardło i długo nie daje o sobie zapomnieć".
Festiwal „Maski" sprawił, że na aktorów, którzy nie są po żadnej szkole teatralnej, którzy nie tworzą instytucjonalnego teatru, zaczęto patrzeć jak na profesjonalistów. Zawodowców jedynych w swoim rodzaju, których poddaje się krytyce bez taryfy ulgowej. „Udział w festiwalu Maski wskazuje, że Studio Magellana przestało być zabawą w teatr. Stało się sztuką teatralną pełną gębą, docenianą i zauważaną przez ludzi zajmujących się teatrem" - napisała Agnieszka Kozłowska-Piasta na portalu internetowym e-teatr.

Styczeń 2008. Powrót do źródeł.
Poniedziałek, wtorek, środa... 10.30. Dziesięcioro ludzi podnosi się z łóżek, odchodzi od stolików, wyłącza telewizor. Zbyszek, Irena, Władysław biorą kule, Małgosia siada na wózek... Zamykają pokoje i idą do małego pomieszczenia wydzielonego ze stołówki. Siadają przy stole. Czekają. O 11.02 autobus Joanny powinien wjechać na przystanek. Jest... Na stole przed każdym z aktorów tekst jasełek, ten sam, od którego trzy lata temu zaczynali przygodę z teatrem. Od tego czasu wiele się zmieniło. Nie ma Ryszarda, Edwarda i Józefy. Kto zagra ich role? Może ktoś się zgłosi? I rzeczywiście chęć wzięcia udziału w przedstawieniu zgłasza Teresa. Bardzo energiczna Pani, jeszcze nie mężatka. Kilka miesięcy później, na początku września, sakramentalne „tak" powie zatwardziałemu kawalerowi z pokoju obok.
Spektakl znów okazuje się sukcesem. Tradycją już stały się pełne sale na każdym zagranym przez zespół przedstawieniu, tradycyjne są też gromkie brawa po jego zakończeniu i dobre recenzje w mediach. Agnieszka Kozłowska-Piasta na portalu e-teatr napisała po spektaklu: „Widać coraz większe obycie sceniczne i umiejętności aktorskie. Występujący są coraz mniej skrępowani i stremowani. Wierzą w to, co robią (...) Na scenie tworzą wspaniałą atmosferę."

Luty 2008. Na podbój stolicy.
Kolejny przystanek teatralnej podróży Studia Magellana to Warszawa, scena Centralnego Basenu Artystycznego i projekt „Gorzkie Żale" - cykl przedstawień teatralnych, dyskusji i koncertów odwołujących się do Wielkiego Postu. W dawnej Montowni wszystko było dobrze przygotowane na przyjazd aktorów. Przyzwyczajony do braw Józef podczas próby dziwił się, dlaczego ich nie ma. Grupa dała dwa pokazy przy komplecie publiczności. Na widowni zasiedli też krytycy. Głosy były różne.
Grzegorz: Warszawska publiczność ma szeroką ofertę teatralną i z tej perspektywy poddaje ocenie każdy spektakl. W naszym przypadku mechanizm teatralny jest skromny i nie on jest istotą. Nie udajemy, że tworzymy teatr. Jesteśmy raczej odrębnym zjawiskiem społeczno-kulturotwórczym.

Leszek Mądzik: Cieszę się, że zobaczyłem ten spektakl. Po jego zakończeniu miałem poczucie, że dotknąłem prawdy o człowieku.
Do Warszawy, co później stanie się tradycją, aktorzy zabrali swoje krzesła. W dniu wyjazdu każdy wziął swoje siedzisko pod pachę i wsiadł do busa. Dzięki temu nie tylko zabezpieczyli się przed ewentualnymi wpadkami, ale też dodatkowo wzmocnili, uwiarygodnili to, co mają publiczności do przekazania. Krzesła są cząstką ich świata, codzienności w DPS, a więc rzeczywistości, którą starają się przybliżyć odbiorcom.

Maj 2008. Dni Sztuki Współczesnej.
Białystok. Mała scena Białostockiego Teatru Lalek. Scena kameralna, niemal prywatna, tak jak kameralne i prywatne jest to, co próbują przekazać aktorzy. Ale mimo wszystko scena instytucjonalna. Niebezpieczna, mogąca zabić ducha amatorskiego przecież z założenia zespołu.
Grzegorz: Bałem się. Występ w teatrze umiejscawia występującego w strukturze teatralnej. Wówczas zupełnie inne są oczekiwania ludzi. To było ryzykowne przedsięwzięcie. Gdyby to, co robimy oceniać z czysto teatralnego punktu widzenia nie mielibyśmy się czym bronić.
Białostocka publiczność dobrze odebrała zespół. Owacje na stojąco nie miały końca . Aktorzy ciągle wychodzili na scenę, by jeszcze raz pokłonić się widzom, a gdy „wreszcie" brawa umilkły, jeszcze długo nie mogli z niej zejść.
Grzegorz: Przez kilkadziesiąt minut Henio rozmawiał z publicznością. Opowiadał im o sobie, o zespole, o życiu. Wszyscy go słuchali. To było niesamowite.
Atmosfera na widowni udzieliła się białostockiej dziennikarce „Gazety Wyborczej", która po spektaklu napisała: „To spektakl zupełnie niepodobny do innych - średnia wieku grających w nich aktorów wynosiła 70 lat (a najstarszy aktor liczył lat 98!). Powstało wyjątkowo przejmujące, choć niepozbawione zabawnych akcentów przedstawienie o codzienności DPS-u. Ze strzępów wspomnień, z fragmentów rozmów i codziennych pogaduszek powstał swoisty kolaż, wielogłos, w którym słychać gorycz i żal, ale też radość i pasję. Niezwykły projekt. Nic dziwnego, że widzowie oklaskiwali aktorów-seniorów jak oszalali."

Lato 2008. Plany, zadania, marzenia...
Co dalej? Niemal cztery lata istnienia zespołu pokazały, że stało się coś, co teoretycznie stać się nie powinno, co przerosło wszelkie oczekiwania. „Sellę turcicę" aktorzy mieli zagrać raz, zrobili to sześciokrotnie. Wystąpili na czterech festiwalach, mimo wieku i chorób podróżując po całym kraju. „Sella turcica" pomyślana jest jako projekt składający się z trzech części. Pierwszą - „Codzienność" aktorzy mają już za sobą. We wrześniu zaplanowano ostatni pokaz w Kielcach. Na 30-lecie Domu Pomocy Społecznej raz jeszcze zostanie wystawiona „Sella turcica". Powstał pomysł, by spektakl odbył się o dziedzińcu DPS, mieszkańcy mogliby naturalnie włączyć się wówczas w opowieść aktorów. To jednak okazało się niemożliwe. Przedstawienie, prawdopodobnie po raz ostatni, zostanie pokazane w Ekumeniczną Świątynię Pokoju przy ul. Sienkiewicza.
Przed zespołem kolejne wyzwania. Przede wszystkim część druga „Sella turcica" - karnawał, może nawet kabaret, o którym od lat marzy Henio. Irena mogłaby zagrać kobietę-kredens, Henryk - jelenia przedniego, czyli sarnie dziecko, Zbyszek - zimnego plantatora, a Józef - urzędnika-marzyciela. Zaczęły się nawet próby, ale Janek złamał nogę. Nie ma kim go zastąpić, a bez niego sceny zbiorowe się sypią. Janek tworzy świetny duet z Heniem. Gdy, na którymkolwiek pokazie „Codzienności" brakowało jednego z nich, drugi, choć doskonale sobie radził, narzekał, że bez kompana jest mu bardzo ciężko. Sceny zbiorowe w ogóle okazały się bardzo trudne dla aktorów. Trzeba więc szukać innego rozwiązania.
Grzegorz: Trudno przewidzieć jak się to wszystko potoczy. Aktorzy oczekują dalszej pracy. Ich oczekiwania, ale też oczekiwania publiczności rosną.
A później? Trzecia, ostatnia i refleksyjna część „Sella turcica" i album dokumentujący to wszystko, co wczoraj i dziś. Ale, aby to wszystko się udało, zespół nie może już działać spontanicznie. Wiele rzeczy trzeba zorganizować. Przede wszystkim z aktorami nie może pracować spodziewająca się dziecka Joasia, również Grzegorz ma wiele innych zobowiązań.
Grzegorz: Dobrze byłoby, aby ktoś pracował z zespołem. Chodzi np. o czysto pamięciową stronę, o przygotowanie gruntu do pracy. Trzeba pójść o krok dalej, głębiej. Szukać rozwiązań i zadań dla tej grupy.
Drzwi zostały szeroko otwarte, trzeba to tylko wykorzystać. Aby to jednak zrobić zespół należy rozbudować. Począwszy od fizjoterapeuty, który będzie pracował z grupą, a skończywszy na kreatywnych ludziach, odpowiedzialnych za promocję, kontakty z mediami, za docieranie do innych.
Grzegorz: Dobrze byłoby, gdyby zespół kroczył w stronę profesjonalizmu. Nie obawiam się, że w ten sposób aktorzy stracą swoją świeżość, jestem przekonany, że się obronią. Ideałem jest dla mnie dobrze wyposażona sala, ludzie przygotowani do pracy i wspólnymi siłami budowa czegoś o zasięgu ogólnopolskim. Tą drogą niewielu kroczyło, to dobry obszar do zagospodarowania. Tak dzieje się na Zachodzie, gdzie buduje się profesjonalne sceny, których zapleczem aktorskim są właśnie aktorzy amatorzy..

Jeżeli nie profesjonalną grupą teatralną, to czym jest Studio Magellana? Na pewno nie jest terapią, która niewiele ma ze sztuką wspólnego czy zabawą w teatr. Jest na pewno ciekawym zjawiskiem społecznym. Zawiązuje się oto grupa ludzi, nieprofesjonalnych artystów, którzy nie mają wykształcenia, nie znają rzemiosła, ale mają osobowość. Ich głównym celem nie jest poprawa samopoczucia czy powrót do zdrowia, ale tworzenie sztuki. Bez taryfy ulgowej, pobłażliwości, bez przywilejów, bez udawania... Małgosia, Jan, Józef, Henio, Władysław, Irena, Olga, Tadeusz, Zbyszek i Irena niczego nie udają, nie tworzą aktorskich kreacji, są naturalni, są sobą.
W majowym numerze miesięcznika „Teatr" próby zdefiniowania czym są grupy takie jak Studio Magellana podjęła się Karolina Krawczyk, absolwentka Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. „Istnieją dziś teatry więziennie, teatry osób starszych, teatry dzieci, teatry niepełnosprawnych, mniejszości narodowych... Wśród ich dzieł są zapewne próby nieudane, zdarzają się jednak i takie, z których „zawodowcy" powinni czerpać inspirację i wiedzę (...) Trzydzieści lat temu Olsztyńska Pantomima Głuchych była fenomenem. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dziś takich „fenomenów" jest więcej, choć często pozostają one anonimowe. Nie znamy ich lub - jeśli znamy nie potrafimy o nich mówić. Niewielu krytyków słyszało o działalności grupy Maatwerk (Holandia) czy inicjatywie Studio Magellana (Polska) (...) Przykłady takich niezauważanych, pomijanych, lekceważonych zjawisk można by mnożyć. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie w niej - sztuce artystów nieprofesjonalnych - tkwi największy potencjał współczesnego teatru.
O ten potencjał trzeba dbać. I tu ogromne zadanie przed Joanną i Grzegorzem, dyrekcją Domu i władzami miasta. Ci ludzie, schorowani i często sfrustrowani znaleźli w teatrze spokój i spełnienie. I rzeczywiście zaczęli żyć przyszłością, kolejnymi wyjazdami, występami na scenie, a nie jak do tej pory przeszłością. Przede wszystkim jednak rozwinęli się aktorsko i wciąż chcą się uczyć.
Agnieszka Kozłowska-Piasta po obejrzeniu „Dzisiaj w Betlejem" napisała: „oglądanie starszych, często niedołężnych, schorowanych i niepełnosprawnych ludzi występujących na scenie daje widzom niezwykłe przeżycia. Wiarę w to, że można żyć godnie, że można pięknie się zestarzeć. Nadzieję i siłę na pielęgnowanie w sobie dziecięcej radości i poczucie, że dorosłość nie oznacza bycia sztywnym, smutnym i poważnym. Naukę, że na realizację marzeń nigdy nie jest za późno, a sukces można osiągnąć w każdym wieku. Byle wiedzieć, czy i jak chce się robić. Byle trafić na wspaniałych ludzi, jak Joanna Kasperek i Grzegorz Artman, którzy pomogą w osiągnięciu celu. Byle mieć odwagę, aby zrobić pierwszy krok".
Pierwszy krok został zrobiony. Czas na kolejny i kolejne barwne rozdziały tej czy podobnej monografii.
Grzegorz: Po przedstawieniach wielu ludzi doskonale znających się na teatralnych niuansach podchodziło i mówiło, że wykonaliśmy dobrą robotę, że po raz pierwszy z czymś takim się spotykają. To nie była kurtuazja. To była szczera refleksja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poniedziałek, wtorek, środa... 10.30. Niemal codziennie od prawie czterech lat dziesięcioro ludzi podnosi się z łóżek, odchodzi od stolików, wyłącza telewizor. Zbyszek, Irena, Władysław biorą kule, Małgosia siada na wózek... Zamykają pokoje i idą do małego pomieszczenia wydzielonego ze stołówki. Siadają przy stole. Kim są? Najlepiej będzie jeśli sami się przedstawią, tak jak wielokrotnie przedstawiali się już swojej widowni na licznych scenach w Polsce, a nawet w Europie.
Józef: Świat mnie zadziwia. Byłem osiem razy w Krakowie, byłem też w Iwoniczu i widziałem szyby naftowe.
Władysław: Mam 98 lat. Hej!
Irena: Bardzo lubię śpiewać i tańczyć. Kiedyś należałam do koła artystycznego i koła gospodyń wiejskich. Dzisiaj też śpiewam na nabożeństwach w naszej kaplicy. Proszę się nie dziwić, że w tym wieku zajmuję się takimi rolami, ale uwierzcie mi - najlepiej tańczy się około siedemdziesiątki. Mam nadzieję, że schudnę do pięknej figurki.
Tadeusz: Miałem szesnaście lat jak uległem wypadkowi motocyklowemu. Mieszkałem w bloku na Barwinku. Tu w teatrze jest fajnie. Gites. Fajnie. Podoba mi się.
Małgorzata: Jestem odrostem korzeni cygańskich. „Kamaftut" - znaczy kocham was. Nie cyganię.
Zbigniew: Urodziłem się przed półwieczem w Kielcach i tu spędziłem życie. Miałem siedemnaście lat, gdy porzucił mnie ojciec. Dwa lata później umarła matka. Po szkole zawodowej pracowałem w SHL-ce jako hurtownik. Przypadkowo trafiłem do chóru Teatru im. Żeromskiego. Przykleili mi wąsy i brodę. Wyglądałem jak dziad. Pamiętam ogromne brawa.
Helena: Moją pasją jest poezja, ona pozwala mi przenieść się w inny stan świadomości.
Jan: Moim życiem rządził los. W czasie stanu wojennego zostałem brutalnie pobity przez ZOMO. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego we Wrocławiu, potem była renta, a teraz teatr.
Henryk: Mam swoje lata - przecież i Alzheimera... ha - ha... Ale mówiąc serio. Wstąpiłem na scenę i z tego na pewno coś wyjdzie. Na przykład - aktor emeryt. Człowiek powinien być sobą i ja chcę być właśnie sobą. Przez całe życie zmieniałem kwalifikacje i już potrafię odróżnić prawdziwą pasję od tej na niby. Cenię ludzi z pasją.
Ola: Dwie córki, dwie wnuczki, dwie prawnuczki i stop. Kiedyś dużo pisałam - na maszynie. Lubię muzykę i taniec. Jestem samotna, ale internetem się nie zajmuję - chyba.
Dziesięcioro zupełnie różnych ludzi. Schorowanych, zmęczonych życiem, które przez te wszystkie lata nieźle przećwiczyło ich wytrzymałość, może trochę sfrustrowanych, bo ileż można czekać na zmianę, ile razy budzić się, jeść, spacerować, jeść, oglądać telewizję, jeść... Jak znieść wciąż takie same, przeklęte poranki, popołudnia i wieczory? Czym wypełnić pustkę i monotonię codzienności? Odpowiedzi na to pytanie, jakie przed laty zaserwowali sobie ci ludzie, nie spodziewał się nikt, łącznie z nimi samymi. Teatr, aktorstwo, gra, występy przed publicznością, za każdym razem inną publicznością... Wreszcie przyjaźń, która ich połączyła, choć pewnie wyprą się tego, jak wiele ich łączy i jak ciepło można pomyśleć o koledze z zespołu oraz miraż przygody, wędrówek i grania na scenach całego kraju. To sprawia, że poranki nie są już takie same, a wieczory nie straszą perspektywą kolejnego, długiego, nudnego i podobnego do wszystkich poprzednich dnia. Ale zacznijmy od początku...

Listopad 2004. Początki.
Zimny, ponury poranek. Joanna Kasperek, aktorka Teatru im. Żeromskiego w Kielcach, a wcześniej legendarnego Wierszalina i Teatru Rozmaitości, laureatka wielu prestiżowych nagród i wyróżnień przyszła do Anny Śleźnik, dyrektor Domu Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II, z pomysłem prowadzenia warsztatów teatralnych. - To była doskonała myśl. Joasię i jej męża znałam z telewizji. To na ekranie zobaczyłam ich po raz pierwszy. Jako aktorzy Teatru Montownia występowali wówczas w przedstawieniu bożonarodzeniowym w reżyserii Piotra Cieplaka na Dworcu Centralnym. Byli blisko bezdomnych i to mnie zachwyciło - opowiada Anna Śleźnik. Kiedy więc Joanna pojawiła się w Domu przy ul. Jagiellońskiej, Anna nie miała wątpliwości. - Bardzo chciałam ich poznać. Marzenie się spełniło - nie kryje radości.
Pełna pomysłów i planów Joanna nawet nie przeczuwała, w co się angażuje... W pierwszej chwili chęć bycia aktorem zgłosiło kilkanaście osób. Najmłodsza - Małgorzata miała wówczas 34 lata, najstarszy - Władysław - 96. Poza tą dwójką pierwszą grupę tworzyli: Helena, Józefa, Jan, Henryk, Józef, Stanisław, Julian, Edward, Ryszard, Tadeusz i Zbyszek. Później przyszły Irena i Ola. Dziś grupę tworzy dziesięć osób. Jedni odeszli z teatru niedysponowani, inni - odeszli na zawsze. Ci, którzy zostali chcieli tworzyć sztukę. Chcieli wyrwać się z marazmu i pokazać światu, że nie muszą biernie czekać na śmierć, że mogą coś jeszcze w swoim życiu osiągnąć.
Zbyszek: Chcieliśmy oderwać się od codziennego życia, od chorób. To dla nas ważne.
Początki były trudne, bo dobrą pamięć i sprawność fizyczną (które winny cechować każdego aktora, nawet amatora) wiek, choroby, czasem lenistwo zamieniły w chroniczną niepamięć i niedołężność. Codziennie, o godz. 11 więc Joanna, zamiast rozpoczynać próbę, biegała po wszystkich piętrach, zaglądała do pokoi i przypominała o spotkaniu.
Henryk: Oj dała nam się nasza pani reżyser we znaki. Jaki ja byłem zmęczony po tych pierwszych próbach...
Dziś Joanna nikogo nie musi już mobilizować. Role się odwróciły. Teraz to aktorzy czekają na nią. Dokładnie znają rozkład autobusów, a gdy „nasza pani reżyser" spóźnia się choć dwie minuty, zaczynają zastanawiać się, co mogło się stać. Na każdą próbę wszyscy się stawiają. Jedynie choroba zwalnia ze spotkania. Przekładają wszystko, nawet wizytę
u lekarza, byleby tylko zdążyć, nie zawieść. Spotykają się też sami i ćwiczą, wychwytując
u siebie nawzajem każdy fałsz, każde potknięcie. I tylko jeszcze czasami ta przeklęta pamięć, a raczej niepamięć daje się we znaki. Jednego dnia pamiętają wszystko, dosłownie każdy fragment roli, drugiego zaś - pustka kompletna, fragmenty zdań, strzępy zdarzeń. Te chwile, kiedy pamięć nie szwankuje dają nadzieję, że jednak może się coś udać. Niepamięć odbiera ją natychmiast.
Jan: W pewnym momencie brak pamięci tak mi zaczął doskwierać, że pomyślałem, że się do tego wszystkiego nie nadaję. W końcu po co 60-latkowi teatr? Chciałem zrezygnować, ale grupa mi nie pozwoliła. I miała rację.

Grudzień 2004. Pierwsze przedstawienie - „Dzisiaj w Betlejem"
Pierwsze spotkania. Koszmar. Zbyszek dukał tekst, ktoś inny zapomniał okularów do czytania, Janek próbował zapamiętać choć fragment z tego, co zapisane. Bezradność denerwowała, coraz częściej między aktorami dochodziło do kłótni. Zdarzały się momenty załamania.
Joanna: Pamiętam, bo i ja je miałam. Stawialiśmy dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. Przychodzili więc do mnie, mówiąc że rezygnują. Musiałam namawiać ich do pozostania.
Joanna nie jest terapeutą, nigdy nie zamierzała robić warsztatów terapii zajęciowej. Na początku nie wiedziała, jak pracować z grupą, nie miała żadnych metod. Zdawała się na intuicję. Codziennie przez półtorej, dwie godziny spokojnie powtarzała z każdym każdą kwestię. Codziennie stawiała przed aktorami kolejne zadania. Nie było tłumaczenia, że to DPS, starsi, schorowani ludzie.
Joanna: Dochodziły mnie słuchy, że mają mnie dość, że mają mnie za kata.
Pierwsze przedstawienie - „Dzisiaj w Betlejem". Jasełka. Ale nie te tradycyjne, bo przecież jak przebrać starszego człowieka za pastuszka i go nie ośmieszyć? Joanna przypadkowo znalazła zabawny tekst Wandy Kamyk. Tekst ze współczesnymi odniesieniami, wykorzystujący m.in. slogany reklamowe. Zaczęła się zastanawiać, gdzie dziś Chrystus mógłby się urodzić. Może w DPS?
Sztukę rozpoczyna scena w piekle, gdy diabły - w tej roli Jan, Zbigniew, Małgosia i Tadeusz -otrzymują od „ziemskiego szpiega" (którego zagrał Henryk) sms z informacją, że rodzi się Zbawiciel. Na scenie kolejno pojawiają się m.in. policjant, przedstawicielka gminnej władzy, lekarka.
Premiera była ważnym sprawdzianem dla Joanny i dla aktorów. Dla nich może nawet bardziej. Nie znieśliby ośmieszenia, drwin ze strony mieszkańców Domu. Mniej odważni sięgnęli więc po relanium. Gdy wyszli na scenę, trema zniknęła.
Henryk: No tak nie do końca. Kiedy zobaczyliśmy kamerę telewizyjną, sparaliżowało nas, ale tylko na chwilę. Ja sobie wtedy pomyślałem, że przecież nie pokażą byle czego i wybiorą najlepsze fragmenty.
Tylko twarze widzów przez cały spektakl pozostawały nieodgadnione. - Może im się nie podoba? - zastanawiali się aktorzy w czasie gry. W końcu przed premierą nie szczędzili im przykrości i szeptali za ich plecami, że są wariatami, którzy nie mają co robić, więc wymyślili sobie teatr. Ostatnia scena i koniec. Rozległy się rzęsiste brawa.
- Spodobało im się. Do dziś pamiętam jak ci z końca z zainteresowaniem wyciągali szyje w kierunku sceny. Sam biskup pogratulował nam spektaklu - zaciera ręce Henryk.

Początek 2005 roku. Pierwsze odejścia z grupy.
Niedługo po premierze umarł jeden z aktorów - Ryszard. To była jego druga przygoda z teatrem (po raz pierwszy był w kółku teatralnym, do którego zapisał się jako nastolatek). Wrócił do niego po kilkudziesięciu latach. Na krótko. Od kilku tygodni źle się czuł, coraz częściej na próbach dostawał drgawek. W pewnym momencie postanowił zrezygnować, nie chciał zepsuć premiery. To Joanna namówiła go, by został. Umarł niejako na scenie.
Joanna: Bardzo to przeżyłam. Wtedy było to dla mnie coś niezrozumiałego. Inaczej niż dla pozostałych.
Inaczej, bo pozostali ze śmiercią stykają się na co dzień. Przed głównym wejściem do budynku często pojawia się klepsydra. Przyzwyczaili się już do obecności kostuchy. Dlatego, kiedy jeden z nich umiera, szybko przestają o tym mówić. Bo ci, którzy codziennie ocierają się o śmierć nie zaprzątają sobie śmiercią długo głowy. Zastanawiają się tylko, kto następny.
Olga: Gdy rozchorowałam się w czasie prób, to pomyślałam, że to już koniec. Ale tym razem się udało. Żyję i znów biorę w nich udział.

Przełom 2005 i 2006 roku. Rym cym cym...
Czas na kolejne przedstawienie. Aktorzy, już jako Grupa Zmontowana, pod koniec 2005 roku rozpoczęli prace nad kolejnym spektaklem „Rym cym cym czyli szelest w pyszczku", zainspirowanym poezją dziecięcą polskich autorów m.in. Jana Brzechwy, Juliana Tuwima i Doroty Gellner.
Scenografię przedstawienia tworzył pokój z centralnie ustawioną szafą, z której wyłaniały się postacie. Szafa w zamyśle miała symbolizować cały dziecięcy świat, do którego tak tęsknią dorośli. „Lokomotywę" aktorzy recytowali przy grze w karty, „Pani Słowikowa" płakała nad zupą, a elegancka pani z torebką opowiadała o małpach.
Te wszystkie wiersze w ustach aktorów brzmiały inaczej. Słowa - „rym, cym, cym, gdzieś mi z głowy uciekł rym" - wypowiadane przez starsze, schorowane osoby nabierały nowego znaczenia.
Przedstawienie spotkało się z dobrym przyjęciem. „Spektakl ma doskonały rytm, niezwykłą lekkość narracji i wspaniałych aktorów. To nic, że czasami zapominają tekstu, bo nawet to potrafią doskonale „ograć" i dodatkowo rozbawić publiczność (...) Zawodowi aktorzy powinni czuć się zagrożeni" - pisała po spektaklu Agnieszka Kozłowska-Piasta w miesięczniku kulturalnym „Teraz".
Kolejny projekt scementował grupę. Ci ludzie polubili się, zaczęli się wspierać nawzajem. Wygrali walkę z niepamięcią, ze wszystkimi ułomnościami i tylko z jednym wciąż nie potrafią wygrać - z upływem czasu i chorobą. Nie są w stanie przechytrzyć śmierci. Po premierze umarła Józefa. Istny żywioł zamknięty w filigranowym ciele. Zawsze pogodna, uśmiechnięta. Błyskawicznie uczyła się tekstu na pamięć. Często przechadzała się po korytarzach Domu i deklamowała wiersze, które znała jeszcze z podstawówki i szkoły średniej.
Kilka miesięcy później śmierć upomniała się o Edwarda, zresztą od tygodni zabierała go po kawałeczku. Jak on pięknie grał na akordeonie... Zamknięty w sobie, skupiony na swojej chorobie. Tylko raz w czasie próby dał się porwać ogólnej wesołości.
Joanna: Pamiętam też jak ten jeden, jedyny raz otworzył się przede mną. Poprosił mnie wówczas, bym wypożyczyła mu z teatru wąsy. Zrobiłam to, a kiedy mu je przyniosłam od razu je sobie przykleił, włożył kowbojski kapelusz i poprosił, by zrobić mu zdjęcie. Nie wiem do czego było mu potrzebne. Może chciał komuś wysłać?
Na te dwie śmierci Joanna była już przygotowana. Obie były dla niej lekcją.
Joanna: Zaczęłam patrzeć na nasz teatr jak na coś ulotnego i równocześnie przestałam zastanawiać się nad śmiercią. Teraz myślę o zadaniach, które wciąż przed nami.

 

Wrzesień 2006 - lipiec 2007. Czas zacząć mówić o sobie.
Jesienią 2006 roku Joanna wyjechała na próby „Trzech sióstr" do Teatru Polonia, a na zastępstwo do DPS przyszedł jej mąż, aktor Grzegorz Artman. Zdaniem aktorów ktoś obcy, z dziwnymi pomysłami. Ktoś, kto odrzucił gotowy scenariusz, zmusił do napisania czegoś od siebie i o sobie. I jeszcze listę obecności sprawdzał.
Pierwszy tydzień wspólnej pracy z zespołem to długie rozmowy, próba oswojenia się ze sobą, czas obserwacji.
Grzegorz: Na początku tylko słuchałem. Nieco później zacząłem nagrywać wszystkie wypowiedzi na dyktafon. Najpierw rozmawialiśmy o prostych sprawach i powoli przechodziliśmy do trudniejszych tematów. Zaczęliśmy wspominać dzieciństwo, szkołę, dom, rodziców... I niesamowite odkrycie! Władek pamięta mroźną zimę z przełomu 1928/29 roku. -41 stopni. Ilu jest takich, którzy pamiętają tamtą zimę?
Czas było jednak zacząć mówić o sprawach najważniejszych. Samotność, cierpienie, radość, poezja... I w tym wszystkim nieśmiałe pytanie Ireny: Poezja? Chodzi o książki? Tak - odpowiada Grzegorz. - Nie czytałam. Nie miałam na to szansy.
Poruszane tematy były coraz intymniejsze. Miłość na przykład...
Józef: Nie rozumiem tego słowa, ale miłość to chyba była wtedy, gdy matka zamiast iść do sąsiadek szła do lasu i zrywała jagody, by nas nakarmić, a ojciec, gdy sprzedał zboże wracał do domu, a nie szedł do karczmy.
Do tych rozmów znów próbowała wkraść się śmierć. Henryk trafił do szpitala. Jego stan był poważny. Kilkakrotnie odwiedził go Grzegorz. Miał ze sobą dyktafon, ale go nie włączył. Milczeli.
Wynikiem trzymiesięcznych rozmów z aktorami było 50 godzin nagrań. Po cięciach i montażu powstał nowy materiał. Kolejny spektakl - „Sella turcica", czyli siodło tureckie, w którym leży przysadka mózgowa, odpowiedzialna za wzrost. W przypadku zespołu nie tyle fizyczny, co duchowy. „Sella turcica" to spektakl od początku do końca wykreowany przez występujących w nim aktorów. To wzruszająca opowieść o codzienności w DPS z jej wszystkimi trudnościami, smutkami i małymi radościami. To opowieść o tym, co dziś, i o tym, co wczoraj, wspomnienia z okresu dzieciństwa, marzenia, codzienna krzątanina. Aktorzy grają samych siebie. A to, co chcieli przekazać popłynęło nie z ich ust, ale z głośników. Strzępy aktorskich opowieści na czterdziestominutowej taśmie. W tle stworzona specjalnie na potrzeby spektaklu muzyka Darka Makaruka, producenta, programisty, animatora kultury i wykonawcy muzyki elektronicznej, związanego z polską sceną niezależną.
Premiera sztuki odbyła się w lipcu 2007 roku w Kieleckim Centrum Kultury. Na afiszu pojawiała się nowa nazwa grupy - Studio Magellana. Symbol poszukiwania, wyprawy w nieznane. Pamiętam jak wiele osób wówczas przyszło. Pamiętam jak za Żelazną Kurtynę posuwaliśmy się w dość długim ogonku. Wiele osób to przyjaciele Domu, zespołu, Joanny i Grzegorza. Co chwilę ktoś przystawał, tarasując ruch, witał się z nią i kurczowo zaciskał kciuki szepcząc „powodzenia". Sala wypełniła się po brzegi, mimo wciąż donoszonych siedzeń, zabrakło miejsc. Ściśnięci na ławkach, zgromadzeni na podłodze przy scenie, młodzi i starsi czekaliśmy na aktorów, na tych, którzy odważyli się przełamać niemoc, na tych, którzy odważyli się zagadać śmierć i upływ czasu...
To wtedy po raz pierwszy aktorzy zagrali na profesjonalnej scenie. Henryk bez tremy, jakby nie zauważał setek wpatrzonych w niego par oczu ruszył w codzienny dostojny spacer, Zbyszek jak zwykle wstał, w połowie drogi zniechęcony machnął ręką i wrócił do punktu wyjścia, a Józef zatańczył krakowiaka. Wspomnienia z dzieciństwa, krzątanina, leki... Jeszcze tylko ostatnia scena, głębokie spojrzenie w oczy publiczności i koniec... Wielkie brawa, pełny sukces.
Spektakl okazał się przełomem. To wtedy na dobre grupą zainteresowały się media, o zespole zaczęło się mówić w towarzystwie. Agnieszka Kozłowska-Piasta na portalu internetowym e-teatr pisała: „Seniorzy stworzyli naprawdę wyjątkowe dzieło. Odkryli swoją prywatną starość i słabość przed oczami widzów. To wymaga olbrzymiej odwagi, za którą całej ekipie należą się niemilknące brawa (...) Aktorzy Studia Magellana skłaniają do głębokich przemyśleń nad przemijaniem, starością, samotnością, nad człowiekiem w jego pełnym wymiarze od narodzin do śmierci".
Poruszeni spektaklem widzowie dzielili się refleksami. Przyjaciółka domu Halina Karczewska po spektaklu napisała: „Niewielka ilość słów i gestów, a ileż głębokiej treści o skomplikowanej ludzkiej naturze. (...)Niezapomniane wrażenia, niezwykłe przeżycia. Oby dobry duch opiekował się tymi, którzy z potrzeby serca czynią rzeczy wielkie i ukazują sens życia innym". Urszula Radziszewska, prezes Towarzystwa Dobroczynności w Kielcach chwaliła aktorów: „Nie używając słów powiedzieliście o sobie, o Waszych troskach, zmaganiach ze słabościami, a także o Waszym życiu wcześniejszym i obecnym (...) Mówienie o sobie w tak subtelny i jednocześnie wyraźny sposób wymaga nie lada talentów aktorskich. Wasze aktorstwo było widoczne w każdym geście, spojrzeniu i wyrazie twarzy. Dziękuję Wam za ten wspaniały spektakl". Z kolei przyjaciele Domu Zofia i Jan Wilczyńscy nie mogli wyjść z podziwu dla tego, co zobaczyli: „To było takie inne od tradycyjnego teatru. Fascynujące doświadczenie".
O swoich odczuciach do mieszkańców Domu napisali też członkowie Młodzieżowego Klubu Osiedlowego „Wolna Strefa", który działa przy ul. Krakowskiej 17.
Rafał, lat 14: Zrozumiałem, że uczestnicy przedstawienia to osoby z dużym poczuciem humoru, wyobraźnią i ogromnym zapałem. Mają własne wyzwania i problemy, które próbują rozwiązać...
Piotr, lat 14: Podziwiam Państwa zapał i wielką odwagę. Dziękuję za lekcję życia jakiej Państwo nam udzielili...
Agnieszka, lat 11: Dzięki Państwu zrozumiałam, że życie jest ciekawe w każdym wieku i dlatego chciałabym, żeby mojej babci „więcej się chciało". Przedstawienie bardzo mi się podobało i z ogromną radością czekam na następne.
Agnieszka, lat 12: Dziękuję za to, że mogłam zobaczyć to przedstawienie. Mam dopiero 12 lat, ale jestem z Państwa bardzo dumna.
Kamila, lat 13: Zrozumiałam, że zawsze trzeba się cieszyć tym, co jest. Życzę, żeby Państwo starali się dalej i nie poddawali się. A Pan Tadeusz jest naprawdę gitesowy i fajnie, że interesuje się teatrem.
Kinga, lat 15: Byłoby fajnie, gdyby więcej ludzi miało taki zapał i chęć do życia jak Państwo. Uważam, że powinni być tak skoczni jak Pan Józef oraz tak sympatyczni jak Pan Jan. Bardzo zaciekawiła mnie osoba Pani Małgosi, która ma sobie tyle gracji i elegancji.

Wrzesień - Październik 2007. Jak Berlin zdobywano.
Jesienią 2007 roku na jedną z prób Grzegorz przyniósł wiadomość o wyjeździe do Berlina na festiwal „Sztuka przeciw ubóstwu", który to zorganizował Międzynarodowy Ruch ATD Czwarty Świat. Studio Magellana miało się zaprezentować wraz z zespołami z całej Europy. Ogromna radość nie trwała jednak długo. Już raz aktorzy mieli jechać do Szwajcarii, lecz nie wyszło. Nie wierzyli, że tym razem może się udać. Mimo to przychodzili na próby, przygotowywali się do wyjazdowego przedstawienia. 11 października pod Dom zajechał bus. Nocleg był w domu Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka"
w Chudopczycach pod Poznaniem, bo przejechanie ponad siedmiuset kilometrów bez dłuższego postoju byłoby dla aktorów zbyt męczące. Do Berlina przyjechali nazajutrz.
Do występu mieli dużo czasu - 24 godziny. Zanim więc stanęli na scenie wieczorem integrowali się z Holendrami i Niemcami, a następnego dnia pojechali na wycieczkę po mieście. W czasie tej podróży Józef nie mógł oderwać oczu od miasta migającego za szybą autokaru. W końcu, gdy ostatni raz widział Berlin, był on gruzowiskiem. Brama Brandenburska, siedziba „tej kanclerz" i obowiązkowo mur berliński. Przewodnik mówił, że ci, którzy znajdują się po prawej stronie autobusu są w Berlinie Wschodnim, ci co po lewej w Berlinie Zachodnim. Józef stanął w szerokim rozkroku i z triumfem patrzył po sąsiadach - wreszcie okiełznał cały Berlin.
Próby i pierwszy strach. Nieznana scena i do tego taka jakaś nieforemna. Zamiast na krzesłach trzeba było usiąść na dużo niższych schodkach. Dla Zbyszka to mordęga, ale za każdym razem, podpierając się na kuli, z dużym wysiłkiem wstawał. Z kolei dla Małgosi organizatorzy nie przygotowali elektrycznego wózka. Przewidziane w scenariuszu kółka musiała kręcić na zwykłym wózku. Każde ustawienie, każdy ruch ręką trzeba było przećwiczyć. Wtedy też pojawiły się nowe pomysły na wykorzystanie elementów sceny, aktorzy w lot je chwytali.
- Koniec. Było bardzo dobrze. Tak zdobywano Berlin - rzucił na koniec Grzegorz.
Na pół godziny przed spektaklem w garderobie było coraz bardziej nerwowo. Irena: Którą sukienkę włożyć? Bo wzięłam dwie? Znak krzyża, krótka modlitwa dla otuchy i parodia zachowania Kwaśniewskiego na ukraińskim uniwersytecie w ramach ćwiczeń rozluźniających i rozładowujących napięcie. Zniecierpliwienie rosło z każdą minutą. Na pięć minut przed rozpoczęciem spektaklu wszyscy chcieli już wychodzić. Wreszcie Grzegorz dał znak by zaczynać. I znów stukot kul, mechaniczne obroty kół.

 

Więcej informacji na stronie:

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/56366.html 

 




Załączone pliki:
Copyrights © 2018 Dom Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II w Kielcach